czwartek, 3 sierpnia 2017

Rozdział dwudziestyszósty

                                    Część I
 "Żyję... aby patrzeć na śmierć. Jestem bestią o ludzkim sercu."

    Byłam wściekła. Na tą chwilę nie potrafiłam opanować mojego gniewu. Złość jaką teraz czułam, była nie do zniesienia. Nie wiedziałam, czy chcę zabić Arisa, czy nie. Wiedziałam tylko, że nie chce go więcej widzieć. Popatrzyłam na niego srogim spojrzeniem, które ukazywało całą prawdę o tym co aktualnie czuję. Następnie zerknęłam przez jego ramię w głąb pokoju i nie mogłam ukryć zdumienia. Przy drzwiach stał całkowicie wyprostowany, dumnie trzymający, w prawej dłoni,  serafickie ostrze, które teraz objęło swym blaskiem całe pomieszczenie, Christian. Ostatni raz widziałam go takiego, gdy sfora demonów zaatakowała Alicante. Byliśmy wtedy praktycznie dziećmi, a on już potrafił doskonale posługiwać się bronią. 
- Zostaw ją w spokoju, albo poderżnę Ci gardło!- warknął w stronę Arisa.
- Nie miałem zamiaru zrobić jej krzywdy.- odparł sucho Aris, zerkając na mnie.
- Czyżby? To jak wytłumaczysz uniesionego w jej stronę Ibamiasza.- rzucił patrząc na ostrze przy moim sercu. Chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę, że celuje we mnie jakby chciał mnie za chwilę zabić. Popatrzył na mnie smutnym wzrokiem i rzucił ostrze na ziemie. Po jego twarzy rozlała się fala bólu wymieszanego z rozpaczą. Przez krótką chwilę nawet mu współczułam, ale skąd mogłam wiedzieć, czy te emocje też nie są fałszywe, jak wszystko co mówił i robił.
- Pośpiesz się Kate! Musimy uciekać!- słyszałam w tle głos Christiana. Zamglonym spojrzeniem widziałam jak się nade mną pochyla, ale nie czułam już nic, oprócz ciepła, które ogarnęło mnie po tym, jak stróżka krwi wypłynęła z mojego lewego boku, tuż pod sercem.
                                                                  *

   Obudziłam się w Instytucie, ale to nie był Instytut w Nowym Jorku, gdzie panował chaos. Byłam...
Dopiero teraz poczułam okropne pieczenie w okolicach serca i sobie o wszystkim przypomniałam. Jak Eleonora nieskutecznie próbowała mnie zabić, po czym Christian wziął mnie na ręce, a Magnus otworzył bramę. Zatroskana Emily, która twierdziła, że widziałyśmy się już kiedyś, ale moje spojrzenie wylądowało na nim. Anthony Blackthorn, piękny jak zawsze. Po czym zrozumiałam, że widzieliśmy się już na ich ceremonii  parabatai, ponieważ moja i Christiana była w tym samym dniu. Dlatego tak bardzo lubiliśmy się z tą rodziną.
Podniosłam wzrok i zauważyłam jak Chris kreśli na moim boku kolejną runę uzdrawiającą i ból przechodzi. Uśmiechnęłam się lekko do niego.
- Co z resztą?- zapytałam półszeptem.
- Jaką "resztą"?- był wyraźnie zaskoczony.
- No z tymi wszystkimi, którzy chcieli mi pomóc, tymi co zostali w Nowym Jorku.- przez jego twarz przeszedł grymas niezadowolenia.
- Oni byli w spisku, Kate.- powiedział to tak smutnym tonem, że mi samej zrobiło się smutno.
Nie odezwałam się już, tylko położyłam się ponownie na poduszki, które opadły pod ciężarem mojego ciała, choć było lekko wychudzone. Po chwili siedzenia w ciszy usłyszeliśmy pukanie do drzwi, a chwile później skrzypienie przy ich otwieraniu.
- Przyniosłam Wam coś do jedzenia.- powiedziała Emily, zerkając nieśmiało do środka.
- Dziękujemy.- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie.

                                     Część II
     "Wita mnie strefa gry, której stawką jest życie."

Nie tak wyobrażałam sobie moje życie. Nie chciałam, żeby ktokolwiek się dla mnie poświęcał, cierpiał z mojego powodu, a tymczasem to ja wszystkich ranię i sprawiam, że ode mnie odchodzą. Mimo, iż nienawidziłam mojej mamy za to, że ukrywała przede mną to kim tak naprawdę jestem i ciągle wmawiała mi, że jestem tylko i wyłącznie Nocnym Łowcą, to dziękuje jej za to, że pokazała mi jacy bywają ludzie. Oni przychodzą i odchodzą, pozostawiając po sobie miliardy wspomnień, czasem dobrych, a czasem złych. Jednak każdy z nich, nie oszukujmy się, sprawił że choć przez chwile czułam się szczęśliwa. Leżąc teraz w Instytucie w LA i patrząc w sufit, miałam nazbyt dużo czasu, aby wszystko przemyśleć. Co prawda ostatnio nie robiłam nic poza myśleniem, ale nie dochodziłam do żadnych wniosków. Dziś postanowiłam to zmienić.
                                                             *
Ugryzłam kawałek tosta z serem i przełknęłam go z uśmiechem na twarzy. Christian zrobił to samo, podając mi przy tym szklankę soku pomarańczowego. Skinęłam głową w podziękowaniu. 
- Wciąż nie jesteśmy bezpieczni.- wyszeptałam tak, że ledwo dało się słyszeć choćby cichy pomruk mojego głosu. Tymczasem Chris odpowiedział mi stanowcze "wiem" i jadł dalej. 
- Nie chcę, żeby Blackthornowie także mieszali się w moją wojnę z Clave, nie chcę kolejnych ofiar.- kontynuowałam, a Christian tym razem odłożył tosta na talerz i starał się słuchać mnie uważnie.- Nie chcę, aby ktokolwiek walczył u mojego boku.- wydawało mi się, że powiedziałam to trochę za ostro, ale musiałam przemówić mu do rozumu.- Nikt nie będzie ginął za mnie, to moje problemy i sama muszę sobie z nimi poradzić.

                                                                                                                    ~Nightmare.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz